Dziś, kiedy przed południem wylądowaliśmy na warszawskim lotnisku, dobiegł końca nasz "American Dream". Podróż minęła nam spokojnie, bez większych problemów, a przede wszystkim bezpiecznie. Oczywiście najbardziej podobał nam się lot Nowy York - Helsinki, fińskimi liniami Finnair, gdzie już na początku dostaliśmy pyszny (jak na te warunki) obiad, ciepłe kocyki, możliwość oglądania filmów, słuchania muzyki i grania w różne gry, a o poranku śniadanko i kawkę :)
I na tym chyba koniec..
Dziękujemy wszystkim Czytelnikom, że byli z nami każdego dnia naszej amerykańskiej przygody, systematycznie nas odwiedzali i z niecierpliwością czekali na kolejny wpis :)
Może jeszcze kiedyś będziecie mieli okazję o nas poczytać :)
Żeby tradycji stała się zadość - zdjęcia z podróży:
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5918000222106209921?banner=pwa
Pozdrawiamy,
Teresia Travel Team!
Teresia Travel Team
piątek, 30 sierpnia 2013
środa, 28 sierpnia 2013
Kawa z pączkami
Mimo tego, że nie mieliśmy dziś zbyt napiętego planu, wstaliśmy, jak na nas, dosyć wcześnie. Dzień rozpoczął się już o 8 rano, jednak bardzo leniwie. Czas jakby się zatrzymał. Rozmowy z rodzinką na Skype i śniadanie zjedzone w łóżkach (jak zwykle płatki z mlekiem) umiliły nasz poranek i nawet nie spostrzegliśmy się kiedy nastało południe, a w drzwiach stanęła ciocia Ania z reklamówką pełną niespodzianek z Dunkin' Donuts. Kasia, Ola i Basia oszalały z radości, ponieważ już od kilku dni wybierały się do tej własnie kawiarni i szybko zabrały się do wyciągania pyszności z torby. Znajdowało się w nim wielkie pudełko z gorącą kawą, a także mniejsze, pełne mini pączków w różnych smakach - środków z donutsów. Na pogawędkach i śmiechach minęły nam kolejne dwie godziny, a potem przyszedł czas na mniej przyjemną część - pożegnanie. Wszyscy bardzo podziękowaliśmy Cioci za gościnę i opiekę nad nami - turystami, a kiedy samochód odjechał, czas nagle przyspieszył. Teresia, Kasia i Ola od razu na rowerach ruszyły do TJ Maxxa upolować ostatnie szałowe promocje, a Bliźniaki w tym czasie odpoczywały nad basenem. Po obiedzie (dziś coś dla każdego według upodobań: kurczak z rożna, lasange (z mikrofali) i vegenuggtsy razem z sałatką grecką własnej roboty) zmiana ról. Basia z Bartkiem do sklepu, a reszta relaksowała się. To nie był koniec zakupów. Jednak zanim wybraliśmy się na drugą turę, pojechaliśmy nad ocean, ostatni już raz wejść do wody i poleżeć na plażowych leżakach. Później pojechaliśmy do Targetu kupić suchy prowiant na drogę, a następie odwieźć rowery do domu Kariny i Wayne'a.
Chyba nie muszę pisać, jak minął nam wieczór? ;) Chociaż większość rzeczy mieliśmy już spakowaną, w pewnym momencie wdarło się lekkie zdenerwowanie. Dlaczego? Każdy z nas postawił na wadzę swoją walizkę i okazało się, że musimy trochę przeorganizować nasze bagaże, ale spokojnie, daliśmy radę :D
Słoneczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5917366133477584241?banner=pwa
Chyba nie muszę pisać, jak minął nam wieczór? ;) Chociaż większość rzeczy mieliśmy już spakowaną, w pewnym momencie wdarło się lekkie zdenerwowanie. Dlaczego? Każdy z nas postawił na wadzę swoją walizkę i okazało się, że musimy trochę przeorganizować nasze bagaże, ale spokojnie, daliśmy radę :D
Słoneczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5917366133477584241?banner=pwa
wtorek, 27 sierpnia 2013
CSI: Miami
Miami okazało się naszym dzisiejszym największym rozczarowaniem. Pojechaliśmy tam dzisiaj z panią Alą, ale już po godzinie wróciliśmy. Najpierw poszliśmy na plaże, która co prawda była ładna, a woda po prostu marzenie - czysta i błękitna. Przeszliśmy się po niej w tą i z powrotem, jednak na dłuższą metę nie było co tam robić. Kompletny brak życia, ludzi i jakichkolwiek atrakcji. Potem - shopping. Najpierw po butikach wzdłuż oceanu, a potem w galerii handlowej. Butiki były w większości pozamykane, a w dodatku nie były butikami, tylko salonami fryzjerskimi, kawiarniami albo kosmetyczkami. W galerii też nie mieliśmy czego szukać, bo po prostu... marki były tak drogie, że nie stać by nas było nawet na chusteczki higieniczne z ich logiem. Tak więc postanowiliśmy wracać, a po drodze odwiedzić naszych starych dobrych kolegów: ROSSa, TJ Maxxa i Marshalla (wszystko to outlety). Wyczerpani i zgłodniali kupowaniem poszliśmy na pizzę. Niestety okazało się, że nie można zjeść jej w pizzerii (lub pizzerni jak mówi babcia), więc wzięliśmy ją na wynos i zjedliśmy do domciu.
Pod wieczór, kiedy upały troszkę odpuściły, pojechaliśmy na wycieczkę rowerową po sklepach z pamiątkami. Babcia T przejechała raz na czerwonym świetle, za co została pamiętliwie upomniana.
Wieczór jak zwykle, dom, basen i turniej bilarda. :)
Dzisiaj oceaniczny klimat: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916960859141789521?banner=pwa
Pod wieczór, kiedy upały troszkę odpuściły, pojechaliśmy na wycieczkę rowerową po sklepach z pamiątkami. Babcia T przejechała raz na czerwonym świetle, za co została pamiętliwie upomniana.
Wieczór jak zwykle, dom, basen i turniej bilarda. :)
Dzisiaj oceaniczny klimat: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916960859141789521?banner=pwa
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Chill out
27 sierpnia, nasz 11 dzień pobytu na Florydzie, spędziliśmy bardzo leniwie. Wszyscy wyspaliśmy się, po czym wolno zebraliśmy się na śniadanie - pyszne naleśniki zrobione przez babcię. Do wyboru z: dżemem, serkiem albo nutellą.
Później wszyscy poszliśmy się opalać i pływać w basenie, co robiliśmy przez kilka dobrych godzin. Wreszcie poczuliśmy prawdziwy smak wakacji i dzięki temu bardzo ładnie się opaliliśmy. Ola wygląda jak pomidor.
Chwilkę po południu mieliśmy w planach iść do sklepu, aby upolować produkty na obiad, jednak półgodzinna ulewa trochę opóźniła nasze wyjście. Kiedy tylko niebo się rozchmurzyło, wygłodniali popędziliśmy do supermarketu. Na obiad zrobiliśmy ryż z warzywami i piersi z kurczaka (Basia na szczęście znalazła w sklepie vege-nuggetsy). Po obiedzie krzątaliśmy się po domu, siedzieliśmy na facebooku i na skype. Po kolejnej krótkiej ulewie Kasia i babcia pojechały rowerami do sklepu, ponieważ babcia myślała, że jest on na drugim końcu miasta (okazało się, że 400 m). Wieczorem znowu szybki basen, do kąpieli i spać. :)
Dziś lekko monotematyczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916610556040414289?banner=pwa&partnerid=gplp0
Później wszyscy poszliśmy się opalać i pływać w basenie, co robiliśmy przez kilka dobrych godzin. Wreszcie poczuliśmy prawdziwy smak wakacji i dzięki temu bardzo ładnie się opaliliśmy. Ola wygląda jak pomidor.
Chwilkę po południu mieliśmy w planach iść do sklepu, aby upolować produkty na obiad, jednak półgodzinna ulewa trochę opóźniła nasze wyjście. Kiedy tylko niebo się rozchmurzyło, wygłodniali popędziliśmy do supermarketu. Na obiad zrobiliśmy ryż z warzywami i piersi z kurczaka (Basia na szczęście znalazła w sklepie vege-nuggetsy). Po obiedzie krzątaliśmy się po domu, siedzieliśmy na facebooku i na skype. Po kolejnej krótkiej ulewie Kasia i babcia pojechały rowerami do sklepu, ponieważ babcia myślała, że jest on na drugim końcu miasta (okazało się, że 400 m). Wieczorem znowu szybki basen, do kąpieli i spać. :)
Dziś lekko monotematyczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916610556040414289?banner=pwa&partnerid=gplp0
niedziela, 25 sierpnia 2013
Niedziela dzień... delfina
Jak wszyscy pobożni Polacy, rano w niedziele poszliśmy do kościoła, w którym ksiądz, przypominający Oli Lovelasa z Happy Feet, grał na gitarze. "Po mszy i kazaniu" wybraliśmy się na wyczekiwaną od kilku dni wycieczkę do Seaquarium w Miami. Na początku lało, a niebo przykrywała warstwa czarnych chmur, jednak nie przeszkadzało nam to, bo jak zwykle na Florydzie, było duszno i gorąco. Pierwszym przystankiem było pływanie z delfinami, na które za 120 dolarów, zdecydowały się Ola i Basia. Dostały specjalne pianki, przeczytały regulamin i obejrzały film o delfinach. Po tych wszystkich ceremoniałach wreszcie w 6-osobowej grupie, mogły wejść do wody. Pani trenerka pokazała wszystkim język migowy delfinów, który wspólnie wypróbowali. Delfinki podpływały, można było je głaskać, robić sobie z nimi zdjęcia i karmić je rybami. To było naprawdę super, ich skóra jest niesamowita w dotyku! Po 40 minutach zabawy, trenerka powiedziała, że nam dziękuję i możemy iść do wyjścia. I... nie popływałyśmy z nimi. Trochę byłyśmy zawiedzione, tym bardziej, że zdjęcia które robił nam fotograf, trzeba było kupić za 44 dolarów 4 zdjęcia... No ale kupiłyśmy, bo te które robiła nam Kasia aparatem, były z daleka i znajdowały się na nich niepożądani ludzie. Mimo wszystko super przeżycie :)
Potem poszliśmy oglądać akwaria i stawy z różnymi morskimi zwierzętami, 2 pokazy delfinów, fok i orki. Niesamowite, jak te zwierzęta są mądre, wytresowane, ale przy tym bawią się przy tym.
Bardzo głodni udaliśmy się w stronę auta, którym pojechaliśmy prosto do Miami Subs Grill - florydzkiego fast fooda. Jedzenie w nim było straaasznie tłuste, ale dość dobre. I co najważniejsze, mieli tam po 6 rodzajów Coli, Fanty, Sprite i wszystkiego czego się tam jeszcze chciało. Z nieograniczoną dolewką, więc mogliśmy wszystkiego spróbować. :)
Potem powrót do domu i jak zwykle - basen aż do nocy.
P.S. Na cześć wygranej dzisiaj śpiewamy:
Ole Śląsku kocham Cię!
Tobie, oddam serce swe!
Złote, swojej drużynie!
Serce, serce jedyne!
HEJ ŚLĄSK!!!
Dzisiaj na zdjeciach więcej zwierząt niż nas :) https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916249659668363809?banner=pwa
Potem poszliśmy oglądać akwaria i stawy z różnymi morskimi zwierzętami, 2 pokazy delfinów, fok i orki. Niesamowite, jak te zwierzęta są mądre, wytresowane, ale przy tym bawią się przy tym.
Bardzo głodni udaliśmy się w stronę auta, którym pojechaliśmy prosto do Miami Subs Grill - florydzkiego fast fooda. Jedzenie w nim było straaasznie tłuste, ale dość dobre. I co najważniejsze, mieli tam po 6 rodzajów Coli, Fanty, Sprite i wszystkiego czego się tam jeszcze chciało. Z nieograniczoną dolewką, więc mogliśmy wszystkiego spróbować. :)
Potem powrót do domu i jak zwykle - basen aż do nocy.
P.S. Na cześć wygranej dzisiaj śpiewamy:
Ole Śląsku kocham Cię!
Tobie, oddam serce swe!
Złote, swojej drużynie!
Serce, serce jedyne!
HEJ ŚLĄSK!!!
Dzisiaj na zdjeciach więcej zwierząt niż nas :) https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916249659668363809?banner=pwa
sobota, 24 sierpnia 2013
Baby shower
Dzisiejszy dzień był wybitnie interesujący. Rano
pojechaliśmy z Maxem na statek Jungle Queen, którym płynęliśmy kanałami przy
osiedlach bardzo bogatych ludzi. Oglądaliśmy ich wille z basenami (jedna
należała nawet do Bruce’a Willisa, a druga do Al Pachina) oraz jachty
przycumowane przy każdej z nich, Dziewczyny wybrały już sobie przyszłych mężów,
domy i statki. Po godzinie dopłynęliśmy do wyspy, na której znajdowało się najbardziej
wredne zoo świata. Trzymali biedne ptaki, małpy i szopy pracze w klatkach 1x1,
a na koniec zmusili nas do oglądania jak durne chłopy znęcają się nad dwoma
aligatorami. Następnie wróciliśmy na statek, który odstawił nas do portu. Do
umówionego przyjazdu cioci zostało 20 min, więc wszyscy poszliśmy na plażę,
która okazała się przepiękna. Woda była przejrzysta i lazurowa, piasek jasny i
gorący i wszędzie rosły palmy.
Gdy przyjechała ciocia od razu popędziliśmy „na dziesiątkę” (dla niewtajemniczonych – 10th street – nasz dom), przygotować przekąski na baby shower*, na który byliśmy już prawie spóźnieni.
Gdy przyjechała ciocia od razu popędziliśmy „na dziesiątkę” (dla niewtajemniczonych – 10th street – nasz dom), przygotować przekąski na baby shower*, na który byliśmy już prawie spóźnieni.
Na imprezie wszystko było różowe – stoły, balony, dekoracje,
tort… Było to dla nas nowe experience, dlatego że w Polsce nie ma takiego
zwyczaju (ale niedługo go wprowadzimy). Na przyjęciu powinny być same kobiety, jednak
pojawił się pewien Stu, który szybko stał się obiektem żartów naszych i pani
Ali. Najbardziej interesującym punktem imprezy był moment oficjalnego
rozpakowania prezentów przez Candy.
Popołudnie spędziliśmy jak zwykle w basenie i w sklepie.
Teraz pozdrawiamy i idziemy spać, jutro czeka nas super dzień!*baby shower - impreza niespodzianka przygotowywana przez przyjaciółki i damską część rodziny przyszłej mamy, miesiąc przed porodem. Goście kupują prezenty (ubranka i akcesoria dla dziecka), a na party organizowane są różne zabawy.
Piękne jak zwykle zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5915867210192779697?banner=pwa
piątek, 23 sierpnia 2013
Sushi z frytkami
Dzisiaj wreszcie się coś działo!
Rano ciocia zabrała nas do takiego jakby zoo, gdzie były tutejsze florydzkie zwierzęta, zarówno na wolności jak i w specjalnie wybudowanych basenach. Najbardziej spodobał się nam szpital dla żółwi, które zostały ranne po zaplątaniu się w sieć, turbiną od statku albo takie, które po wykluciu z jajka nie umiały dojść do oceanu.
Potem pojechaliśmy wgłąb kontynentu do rezerwatu obejmującego bagna. Pływały w nich aligatory, jednego nawet udało nam się zobaczyć. Obserwowaliśmy również sępy, iguany, a Bartek upodobał sobie przejechaną jaszczurkę. Była możliwość wykupienia sobie rejsu statkiem po bagnach, jednak nie skusiliśmy się.
Wygłodniali pojechaliśmy do "bufetu". Baru z jedzeniem, gdzie płaci się przy wejściu, a potem je ile chce. Najwięcej w knajpce było sushi, jednak można było zjeść tam również steka, sałatki, makarony, frytki i wieeelkie kubły lodów. To był zdecydowanie najlepszy obiad jaki jedliśmy dotychczas w USA :)
O 2 p.m. Max skończył lekcje i pojechaliśmy odebrać ze szkoły, z której udaliśmy się prosto do galerii (najwidoczniej dzień bez ROSSa dniem straconym). Pokręciliśmy się chwile wśród wieszaków z ubraniami, pokupowaliśmy trochę i wróciliśmy do domu.
Basia od razu rzuciła się do basenu, a babcia poszła spać, jednak szybko musiały przerwać swoje zajęcia, bo Kasia namówiła wszystkie panie na wycieczkę rowerową (Bartek zdecydował się zostać i odpocząć w domu). Pojechałyśmy w uroczo wyglądające miejsce, gdzie kanał miejski wpadał do oceanu, później na spacer na molo, a na końcu do sklepu. Brakuje nam tu tylko zachodów słońca nad oceanem, z tego powodu, że jest on na wschodzie kontynentu.
Jak wróciłyśmy, Bartek relaksował się przy nowej płycie Black Sabbath, którą kupił w pobliskim sklepie, podczas naszej nieobecności. Teraz już padnięte idziemy spać, jutro czeka nas kolejny ciekawy dzień.
Pozdrawiamy!
Rano ciocia zabrała nas do takiego jakby zoo, gdzie były tutejsze florydzkie zwierzęta, zarówno na wolności jak i w specjalnie wybudowanych basenach. Najbardziej spodobał się nam szpital dla żółwi, które zostały ranne po zaplątaniu się w sieć, turbiną od statku albo takie, które po wykluciu z jajka nie umiały dojść do oceanu.
Potem pojechaliśmy wgłąb kontynentu do rezerwatu obejmującego bagna. Pływały w nich aligatory, jednego nawet udało nam się zobaczyć. Obserwowaliśmy również sępy, iguany, a Bartek upodobał sobie przejechaną jaszczurkę. Była możliwość wykupienia sobie rejsu statkiem po bagnach, jednak nie skusiliśmy się.
Wygłodniali pojechaliśmy do "bufetu". Baru z jedzeniem, gdzie płaci się przy wejściu, a potem je ile chce. Najwięcej w knajpce było sushi, jednak można było zjeść tam również steka, sałatki, makarony, frytki i wieeelkie kubły lodów. To był zdecydowanie najlepszy obiad jaki jedliśmy dotychczas w USA :)
O 2 p.m. Max skończył lekcje i pojechaliśmy odebrać ze szkoły, z której udaliśmy się prosto do galerii (najwidoczniej dzień bez ROSSa dniem straconym). Pokręciliśmy się chwile wśród wieszaków z ubraniami, pokupowaliśmy trochę i wróciliśmy do domu.
Basia od razu rzuciła się do basenu, a babcia poszła spać, jednak szybko musiały przerwać swoje zajęcia, bo Kasia namówiła wszystkie panie na wycieczkę rowerową (Bartek zdecydował się zostać i odpocząć w domu). Pojechałyśmy w uroczo wyglądające miejsce, gdzie kanał miejski wpadał do oceanu, później na spacer na molo, a na końcu do sklepu. Brakuje nam tu tylko zachodów słońca nad oceanem, z tego powodu, że jest on na wschodzie kontynentu.
Jak wróciłyśmy, Bartek relaksował się przy nowej płycie Black Sabbath, którą kupił w pobliskim sklepie, podczas naszej nieobecności. Teraz już padnięte idziemy spać, jutro czeka nas kolejny ciekawy dzień.
Pozdrawiamy!
Dzisiaj się rehabilitujemy i dodajemy więcej zdjęć: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5915498922357399201?banner=pwa
Subskrybuj:
Posty (Atom)