Sernik Wolności
Poranek 14 sierpnia wita nas piękną pogodą – słoneczną i ciepłą. To ostatni dzień zwiedzania Nowego Jorku – musimy zobaczyć wszystko co nam zostało w planie J
Dzisiejszy trip zaczynamy od wyprawy na sam dół Manhattanu, do portu skąd odpływają statki na wszystkie nowojorskie wyspy. No ale najpierw trzeba tam dojechać. Po śniadaniu idziemy do metra, gdzie musimy dokupić bilety na przejazdy. Nagle słyszymy nadjeżdżający pociąg. Basia i Kasia pędem biegną do drzwi, za nimi Ola, Bartek i na końcu babcia. Pierwszym dwóm udaje się bez problemu przekroczyć próg pojazdu, niestety Olę drzwi zgniatają i czynią z siebie swoistą maszynę do mammografii. Na szczęście motorniczy to zauważamy i otwiera drzwi i zgnieciona Ola może spokojnie wejść, a za nią dobiegająca już dwójka Węgrzynów.
Bez większych przeszkód dojeżdżamy do Green Bowling i oczom naszym ukazują się po jednej stronie wysokie wieżowce, a po drugiej olbrzymia zatoka. Celem naszym jest udanie się na wyspę Liberty, gdzie znajduje się słynna Statua Wolności. Niestety po chwili poszukiwań kas z biletami, czeka nas rozczarowanie. Przyjemność zobaczenia symbolu NY z bliska kosztuje 17 dolarów plus godzinne czekanie w kolejce. Szybko rezygnujemy z tego pomysłu i wymyślamy plan B. Nieopodal odpływają darmowe statki do dzielnic miasta znajdującej się na wyspie – Staten Island. Postanawiamy skorzystać z tej atrakcji. Jest to idealne rozwiązanie. Jak się potem okazuje i ze statku i z wyspy, widok na Manhattan i Statuę jest po prostu zabójczy. Rejs trwał ok. 20 minut, które spędziliśmy robiąc zdjęcia i grzejąc się na słońcu w odkrytej części statku. Na wyspie wchodzimy na taras widokowy i również upamiętniamy piękną panoramę miasta. Później szczęśliwi wracamy na Manhattan.
Poranek 14 sierpnia wita nas piękną pogodą – słoneczną i ciepłą. To ostatni dzień zwiedzania Nowego Jorku – musimy zobaczyć wszystko co nam zostało w planie J
Dzisiejszy trip zaczynamy od wyprawy na sam dół Manhattanu, do portu skąd odpływają statki na wszystkie nowojorskie wyspy. No ale najpierw trzeba tam dojechać. Po śniadaniu idziemy do metra, gdzie musimy dokupić bilety na przejazdy. Nagle słyszymy nadjeżdżający pociąg. Basia i Kasia pędem biegną do drzwi, za nimi Ola, Bartek i na końcu babcia. Pierwszym dwóm udaje się bez problemu przekroczyć próg pojazdu, niestety Olę drzwi zgniatają i czynią z siebie swoistą maszynę do mammografii. Na szczęście motorniczy to zauważamy i otwiera drzwi i zgnieciona Ola może spokojnie wejść, a za nią dobiegająca już dwójka Węgrzynów.
Bez większych przeszkód dojeżdżamy do Green Bowling i oczom naszym ukazują się po jednej stronie wysokie wieżowce, a po drugiej olbrzymia zatoka. Celem naszym jest udanie się na wyspę Liberty, gdzie znajduje się słynna Statua Wolności. Niestety po chwili poszukiwań kas z biletami, czeka nas rozczarowanie. Przyjemność zobaczenia symbolu NY z bliska kosztuje 17 dolarów plus godzinne czekanie w kolejce. Szybko rezygnujemy z tego pomysłu i wymyślamy plan B. Nieopodal odpływają darmowe statki do dzielnic miasta znajdującej się na wyspie – Staten Island. Postanawiamy skorzystać z tej atrakcji. Jest to idealne rozwiązanie. Jak się potem okazuje i ze statku i z wyspy, widok na Manhattan i Statuę jest po prostu zabójczy. Rejs trwał ok. 20 minut, które spędziliśmy robiąc zdjęcia i grzejąc się na słońcu w odkrytej części statku. Na wyspie wchodzimy na taras widokowy i również upamiętniamy piękną panoramę miasta. Później szczęśliwi wracamy na Manhattan.
Następnym przystankiem są znajdujące się obok siebie
stuletni dworzec Grand Central oraz siedziba ONZ. Po typowo turystycznej części
dnia, nadszedł czas na zakupy. Odwiedzamy około miliona identycznych sklepów z
pamiątkami, NBA Store (tam Ola wzbogaca się o śliczną, fioletową bluzkę) oraz
wracamy do M&M’s World, gdzie Kasia kupuje wcześniej upatrzony breloczek.
Wieczorem udajemy się na spotkanie z panią Kasią, jej mężem
Robertem i synem Mateuszem w meksykańskiej restauracji. O mało co nie zaliczamy
wtopy, bo myśląc, że zapraszają nas do siebie do domu, kupujemy wielki kawał
sernika. Na szczęście w porę orientujemy się, że 'El toro Taqueira’ to
nie jest nazwa ich kamienicy i Ola chowa ciasto do swojej torebki. Bartek
podjarany, że ma cały sernik dla siebie, goni nas po kolacji szybko do hotelu,
gdzie planujemy go zjeść. Niestety deser okazuje się ohydny i ląduje w koszu.
Takim niemiłym akcentem kończymy dzień.
standardowo zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912559406038565121?banner=pwa
Rezydencja TeTeTeam
standardowo zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912559406038565121?banner=pwa
Rezydencja TeTeTeam
Jak każdego ranka cała nasza grupa idzie na śniadanie. Potem
szybkie dopakowanie walizek i wychodzimy przed YMCA. Tu o 10.30 jesteśmy
umówieni z panią Kasią, która zabiera nas do swojego domu. Czas do wyjazdu na
lotnisko spędzamy pijąc u niej sok i jedząc ciastka, bawiąc się z jej dwoma
kotami i dwoma psami oraz na wspólnym obiedzie nieopodal jej domu. Kiedy wybija
14 zbieramy wyruszamy w kierunku JFK Airport. Tam chwilkę błądzimy, a następnie
trafiamy do elektrycznych monitorów, gdzie pasażerowie sami się odprawiają,
Zaskakuje to nas, ale szybko sobie z tym radzimy.
W samolocie widzimy piękne widoki. Wylatujemy z Nowego Jorku skąpanego w południowym słońcu, żeby chwilę później wlecieć w bajeczne kłębiaste chmury. 3 godzinny lot trwa prawie cały czas nad oceanem. O zachodzie słońca z powrotem wlatujemy nad kontynent, a chwile później lądujemy w Miami, w którym jest już całkiem ciemno. Tam zaczyna się armagedon. Tutejsze lotnisko, nie dość że jest wielkie, to jeszcze kompletnie nieoznakowane. Godzinę błądzimy, szukając walizek. Kiedy w końcu nam się to udaje, spotykamy ciocię Anię i wujka Daniela. Oni zawożą nas do naszego domku w Deerfield Beach, gdzie przeżywamy szok. Dom jest tak ładny, jak tego się nikt nie spodziewał. Na wyposażeniu mamy basen z jacuzzi, biliarda, w pełni wyposażoną kuchnie z pełną lodówką, klimatyzację, wifi i dwie łazienki. Z resztą zobaczcie sami: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912578702192908305?banner=pwa J
DOBRANOC!
W samolocie widzimy piękne widoki. Wylatujemy z Nowego Jorku skąpanego w południowym słońcu, żeby chwilę później wlecieć w bajeczne kłębiaste chmury. 3 godzinny lot trwa prawie cały czas nad oceanem. O zachodzie słońca z powrotem wlatujemy nad kontynent, a chwile później lądujemy w Miami, w którym jest już całkiem ciemno. Tam zaczyna się armagedon. Tutejsze lotnisko, nie dość że jest wielkie, to jeszcze kompletnie nieoznakowane. Godzinę błądzimy, szukając walizek. Kiedy w końcu nam się to udaje, spotykamy ciocię Anię i wujka Daniela. Oni zawożą nas do naszego domku w Deerfield Beach, gdzie przeżywamy szok. Dom jest tak ładny, jak tego się nikt nie spodziewał. Na wyposażeniu mamy basen z jacuzzi, biliarda, w pełni wyposażoną kuchnie z pełną lodówką, klimatyzację, wifi i dwie łazienki. Z resztą zobaczcie sami: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912578702192908305?banner=pwa J
DOBRANOC!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz