piątek, 30 sierpnia 2013

Time to say goodbye

Dziś, kiedy przed południem wylądowaliśmy na warszawskim lotnisku, dobiegł końca nasz "American Dream". Podróż minęła nam spokojnie, bez większych problemów, a przede wszystkim bezpiecznie. Oczywiście najbardziej podobał nam się lot Nowy York - Helsinki, fińskimi liniami Finnair, gdzie już na początku dostaliśmy pyszny (jak na te warunki) obiad, ciepłe kocyki, możliwość oglądania filmów, słuchania muzyki i grania w różne gry, a o poranku śniadanko i kawkę :)

I na tym chyba koniec..

Dziękujemy wszystkim Czytelnikom, że byli z nami każdego dnia naszej amerykańskiej przygody, systematycznie nas odwiedzali i z niecierpliwością czekali na kolejny wpis :)
Może jeszcze kiedyś będziecie mieli okazję o nas poczytać :)

Żeby tradycji stała się zadość - zdjęcia z podróży:
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5918000222106209921?banner=pwa

Pozdrawiamy,
Teresia Travel Team!

środa, 28 sierpnia 2013

Kawa z pączkami

Mimo tego, że nie mieliśmy dziś zbyt napiętego planu, wstaliśmy, jak na nas, dosyć wcześnie. Dzień rozpoczął się już o 8 rano, jednak bardzo leniwie. Czas jakby się zatrzymał. Rozmowy z rodzinką na Skype i śniadanie zjedzone w łóżkach (jak zwykle płatki z mlekiem) umiliły nasz poranek i nawet nie spostrzegliśmy się kiedy nastało południe, a w drzwiach stanęła ciocia Ania z reklamówką pełną niespodzianek z Dunkin' Donuts. Kasia, Ola i Basia oszalały z radości, ponieważ już od kilku dni wybierały się do tej własnie kawiarni i szybko zabrały się do wyciągania pyszności z torby. Znajdowało się w nim wielkie pudełko z gorącą kawą, a także mniejsze, pełne mini pączków w różnych smakach - środków z donutsów. Na pogawędkach i śmiechach minęły nam kolejne dwie godziny, a potem przyszedł czas na mniej przyjemną część - pożegnanie. Wszyscy bardzo podziękowaliśmy Cioci za gościnę i opiekę nad nami - turystami, a kiedy samochód odjechał, czas nagle przyspieszył. Teresia, Kasia i Ola od razu na rowerach ruszyły do TJ Maxxa upolować ostatnie szałowe promocje, a Bliźniaki w tym czasie odpoczywały nad basenem. Po obiedzie (dziś coś dla każdego według upodobań: kurczak z rożna, lasange (z mikrofali) i vegenuggtsy razem z sałatką grecką własnej roboty) zmiana ról. Basia z Bartkiem do sklepu, a reszta relaksowała się. To nie był koniec zakupów. Jednak zanim wybraliśmy się na drugą turę, pojechaliśmy nad ocean, ostatni już raz wejść do wody i poleżeć na plażowych leżakach. Później pojechaliśmy do Targetu kupić suchy prowiant na drogę, a następie odwieźć rowery do domu Kariny i Wayne'a.
Chyba nie muszę pisać, jak minął nam wieczór? ;) Chociaż większość rzeczy mieliśmy już spakowaną, w pewnym momencie wdarło się lekkie zdenerwowanie. Dlaczego? Każdy z nas postawił na wadzę swoją walizkę i okazało się, że musimy trochę przeorganizować nasze bagaże, ale spokojnie, daliśmy radę :D

Słoneczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5917366133477584241?banner=pwa

wtorek, 27 sierpnia 2013

CSI: Miami

Miami okazało się naszym dzisiejszym największym rozczarowaniem. Pojechaliśmy tam dzisiaj z panią Alą, ale już po godzinie wróciliśmy. Najpierw poszliśmy na plaże, która co prawda była ładna, a woda po prostu marzenie  - czysta i błękitna. Przeszliśmy się po niej w tą i z powrotem, jednak na dłuższą metę nie było co tam robić. Kompletny brak życia, ludzi i jakichkolwiek atrakcji. Potem - shopping. Najpierw po butikach wzdłuż oceanu, a potem w galerii handlowej. Butiki były w większości pozamykane, a w dodatku nie były butikami, tylko salonami fryzjerskimi, kawiarniami albo kosmetyczkami. W galerii też nie mieliśmy czego szukać, bo po prostu... marki były tak drogie, że nie stać by nas było nawet na chusteczki higieniczne z ich logiem. Tak więc postanowiliśmy wracać, a po drodze odwiedzić naszych starych dobrych kolegów: ROSSa, TJ Maxxa i Marshalla (wszystko to outlety). Wyczerpani i zgłodniali kupowaniem poszliśmy na pizzę. Niestety okazało się, że nie można zjeść jej w pizzerii (lub pizzerni jak mówi babcia), więc wzięliśmy ją na wynos i zjedliśmy do domciu.
Pod wieczór, kiedy upały troszkę odpuściły, pojechaliśmy na wycieczkę rowerową po sklepach z pamiątkami. Babcia T przejechała raz na czerwonym świetle, za co została pamiętliwie upomniana.
Wieczór jak zwykle, dom, basen i turniej bilarda. :)

Dzisiaj oceaniczny klimat: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916960859141789521?banner=pwa

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Chill out

27 sierpnia, nasz 11 dzień pobytu na Florydzie, spędziliśmy bardzo leniwie. Wszyscy wyspaliśmy się, po czym wolno zebraliśmy się na śniadanie - pyszne naleśniki zrobione przez babcię. Do wyboru z: dżemem, serkiem albo nutellą.
Później wszyscy poszliśmy się opalać i pływać w basenie, co robiliśmy przez kilka dobrych godzin. Wreszcie poczuliśmy prawdziwy smak wakacji i dzięki temu bardzo ładnie się opaliliśmy. Ola wygląda jak pomidor.
Chwilkę po południu mieliśmy w planach iść do sklepu, aby upolować produkty na obiad, jednak półgodzinna ulewa trochę opóźniła nasze wyjście. Kiedy tylko niebo się rozchmurzyło, wygłodniali popędziliśmy do supermarketu. Na obiad zrobiliśmy ryż z warzywami i piersi z kurczaka (Basia na szczęście znalazła w sklepie vege-nuggetsy). Po obiedzie krzątaliśmy się po domu, siedzieliśmy na facebooku i na skype. Po kolejnej krótkiej ulewie Kasia i babcia pojechały rowerami do sklepu, ponieważ babcia myślała, że jest on na drugim końcu miasta (okazało się, że 400 m). Wieczorem znowu szybki basen, do kąpieli i spać. :)

Dziś lekko monotematyczne zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916610556040414289?banner=pwa&partnerid=gplp0

niedziela, 25 sierpnia 2013

Niedziela dzień... delfina

Jak wszyscy pobożni Polacy, rano w niedziele poszliśmy do kościoła, w którym ksiądz, przypominający Oli Lovelasa z Happy Feet, grał na gitarze. "Po mszy i kazaniu" wybraliśmy się na wyczekiwaną od kilku dni wycieczkę do Seaquarium w Miami. Na początku lało, a niebo przykrywała warstwa czarnych chmur, jednak nie przeszkadzało nam to, bo jak zwykle na Florydzie, było duszno i gorąco. Pierwszym przystankiem było pływanie z delfinami, na które za 120 dolarów, zdecydowały się Ola i Basia. Dostały specjalne pianki, przeczytały regulamin i obejrzały film o delfinach. Po tych wszystkich ceremoniałach wreszcie w 6-osobowej grupie, mogły wejść do wody. Pani trenerka pokazała wszystkim język migowy delfinów, który wspólnie wypróbowali. Delfinki podpływały, można było je głaskać, robić sobie z nimi zdjęcia i karmić je rybami. To było naprawdę super, ich skóra jest niesamowita w dotyku! Po 40 minutach zabawy, trenerka powiedziała, że nam dziękuję i możemy iść do wyjścia. I... nie popływałyśmy z nimi. Trochę byłyśmy zawiedzione, tym bardziej, że zdjęcia które robił nam fotograf, trzeba było kupić za 44 dolarów 4 zdjęcia... No ale kupiłyśmy, bo te które robiła nam Kasia aparatem, były z daleka i znajdowały się na nich niepożądani ludzie. Mimo wszystko super przeżycie :)
Potem poszliśmy oglądać akwaria i stawy z różnymi morskimi zwierzętami,  2 pokazy delfinów, fok i orki. Niesamowite, jak te zwierzęta są mądre, wytresowane, ale przy tym bawią się przy tym.
Bardzo głodni udaliśmy się w stronę auta, którym pojechaliśmy prosto do Miami Subs Grill - florydzkiego fast fooda. Jedzenie w nim było straaasznie tłuste, ale dość dobre. I co najważniejsze, mieli tam po 6 rodzajów Coli, Fanty, Sprite i wszystkiego czego się tam jeszcze chciało. Z nieograniczoną dolewką, więc mogliśmy wszystkiego spróbować. :)
Potem powrót do domu i jak zwykle - basen aż do nocy.

P.S. Na cześć wygranej dzisiaj śpiewamy:
Ole Śląsku kocham Cię!
Tobie, oddam serce swe!
Złote, swojej drużynie!
Serce, serce jedyne!

HEJ ŚLĄSK!!!

Dzisiaj na zdjeciach więcej zwierząt niż nas :) https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5916249659668363809?banner=pwa

sobota, 24 sierpnia 2013

Baby shower

Dzisiejszy dzień był wybitnie interesujący. Rano pojechaliśmy z Maxem na statek Jungle Queen, którym płynęliśmy kanałami przy osiedlach bardzo bogatych ludzi. Oglądaliśmy ich wille z basenami (jedna należała nawet do Bruce’a Willisa, a druga do Al Pachina) oraz jachty przycumowane przy każdej z nich, Dziewczyny wybrały już sobie przyszłych mężów, domy i statki. Po godzinie dopłynęliśmy do wyspy, na której znajdowało się najbardziej wredne zoo świata. Trzymali biedne ptaki, małpy i szopy pracze w klatkach 1x1, a na koniec zmusili nas do oglądania jak durne chłopy znęcają się nad dwoma aligatorami. Następnie wróciliśmy na statek, który odstawił nas do portu. Do umówionego przyjazdu cioci zostało 20 min, więc wszyscy poszliśmy na plażę, która okazała się przepiękna. Woda była przejrzysta i lazurowa, piasek jasny i gorący i wszędzie rosły palmy.
Gdy przyjechała ciocia od razu popędziliśmy „na dziesiątkę” (dla niewtajemniczonych – 10th street – nasz dom), przygotować przekąski na baby shower*, na który byliśmy już prawie spóźnieni.
Na imprezie wszystko było różowe – stoły, balony, dekoracje, tort… Było to dla nas nowe experience, dlatego że w Polsce nie ma takiego zwyczaju (ale niedługo go wprowadzimy). Na przyjęciu powinny być same kobiety, jednak pojawił się pewien Stu, który szybko stał się obiektem żartów naszych i pani Ali. Najbardziej interesującym punktem imprezy był moment oficjalnego rozpakowania prezentów przez Candy.
Popołudnie spędziliśmy jak zwykle w basenie i w sklepie. Teraz pozdrawiamy i idziemy spać, jutro czeka nas super dzień!

*baby shower - impreza niespodzianka przygotowywana przez przyjaciółki i damską część rodziny przyszłej mamy, miesiąc przed porodem. Goście kupują prezenty (ubranka i akcesoria dla dziecka), a na party organizowane są różne zabawy.

Piękne jak zwykle zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5915867210192779697?banner=pwa

piątek, 23 sierpnia 2013

Sushi z frytkami

Dzisiaj wreszcie się coś działo!
Rano ciocia zabrała nas do takiego jakby zoo, gdzie były tutejsze florydzkie zwierzęta, zarówno na wolności jak i w specjalnie wybudowanych basenach. Najbardziej spodobał się nam szpital dla żółwi, które zostały ranne po zaplątaniu się w sieć, turbiną od statku albo takie, które po wykluciu z jajka nie umiały dojść do oceanu.
Potem pojechaliśmy wgłąb kontynentu do rezerwatu obejmującego bagna. Pływały w nich aligatory, jednego nawet udało nam się zobaczyć. Obserwowaliśmy również sępy, iguany, a Bartek upodobał sobie przejechaną jaszczurkę. Była możliwość wykupienia sobie rejsu statkiem po bagnach, jednak nie skusiliśmy się.
Wygłodniali pojechaliśmy do "bufetu". Baru z jedzeniem, gdzie płaci się przy wejściu, a potem je ile chce. Najwięcej w knajpce było sushi, jednak można było zjeść tam również steka, sałatki, makarony, frytki i wieeelkie kubły lodów. To był zdecydowanie najlepszy obiad jaki jedliśmy dotychczas w USA :)
O 2 p.m. Max skończył lekcje i pojechaliśmy odebrać ze szkoły, z której udaliśmy się prosto do galerii (najwidoczniej dzień bez ROSSa dniem straconym). Pokręciliśmy się chwile wśród wieszaków z ubraniami, pokupowaliśmy trochę i wróciliśmy do domu.
Basia od razu rzuciła się do basenu, a babcia poszła spać, jednak szybko musiały przerwać swoje zajęcia, bo Kasia namówiła wszystkie panie na wycieczkę rowerową (Bartek zdecydował się zostać i odpocząć w domu). Pojechałyśmy w uroczo wyglądające miejsce, gdzie kanał miejski wpadał do oceanu, później na spacer na molo, a na końcu do sklepu. Brakuje nam tu tylko zachodów słońca nad oceanem, z tego powodu, że jest on na wschodzie kontynentu.
Jak wróciłyśmy, Bartek relaksował się przy nowej płycie Black Sabbath, którą kupił w pobliskim sklepie, podczas naszej nieobecności. Teraz już padnięte idziemy spać, jutro czeka nas kolejny ciekawy dzień.
Pozdrawiamy!

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nasze przekleństwo - ROSS

Czy te zakupy się kiedyś skończą? Najgorsze w nich jest to, że w kółko jeździmy do tych samych sklepów (najczęściej do wymienionego w tytule ROSSa). Dzisiaj od rana znów czekał na nas shoppingowy maraton z ciocią Anią. Najpierw razem chodziliśmy po galerii, gdzie zjedliśmy również pyszne tortille, a potem ciocia zostawiła nas w TJ-Maxxie i kolejnym Rossie. Szybko obskoczyliśmy oba sklepy, po czym czekaliśmy w południowym, prażącym słońcu, aż ciocia skończy załatwiać sprawy w banku i po nas przyjedzie. Okrutnie zmęczeni wsiedliśmy do klimatyzowanego samochodu, z chęcią powrotu do domu. Po drodze czekała nas (a szczególnie Bartka) niespodzianka. Odwiedziliśmy salon z łódkami, skuterami, kładami i duuuużą ilością motorów. O 17 wróciliśmy do domu i od razu rzuciliśmy się do basenu, aby złapać ostatnie promienie słońca. Później wyprawa dla chętnych do sklepu, jeszcze raz kąpiel w basenie, już przy gwiazdach i sztucznym oświetleniu (połączona z wodnym joggingiem i aerobikiem) i wieczorna toaleta.

Pozdrawiamy wszystkich i bardzo żałujemy, że nie dałyśmy rady obejrzeć dzisiejszego meczu.
Kilka średnio ciekawych foteczek: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5915133100612494689?banner=pwa

P.S. Mamo, tu Basia, przeczytaj e-maila :)

środa, 21 sierpnia 2013

Lazy day

Leniuchowanie, to słowo, które towarzyszyło nam przez cały dzień. Naszym dzisiejszym celem stało się nic nie robienie i od samego rana właśnie ku temu dążyliśmy. Początkowo mieliśmy w planach spędzić czas na kąpielach w basenie i opalaniu się, jednak pogoda, którą rano ujrzeliśmy za oknem szybko rozwiała nasze marzenia o pięknej, tropikalnej opaleniźnie. Postanowiliśmy więc porządnie się wyspać, a potem zjeść leniwe śniadanie - płatki z mlekiem.
Tak naprawdę nic ciekawego się dziś nie wydarzyło..po prostu nie robiliśmy nic. Leżeliśmy, wygrzewaliśmy się na słońcu, kiedy nam na to pozwoliło, i spaliśmy. Dwa razy zabawy nad basenem przerwała nam ogromna ulewa, po której od nowa robiło się strasznie gorąco.
Obiad? Równie leniwy - wybraliśmy się do sklepu po gotowe jedzenie, potrzebujące jedynie kilkunastu minut spędzonych w mikrofalówce. Niestety nie każdy dobrze trafił..pisząc to mam na myśli naszą biedną Basię, która wybierając swój wegetariański posiłek wzięła ravioli z dynią i jabłkami. Jak się domyślacie był to kiepski wybór.
Reszta dnia była lustrzanym odbiciem przedpołudnia. Wieczornym zwyczajem Kasia, Ola oraz Bartek wybrali się na spacer do amerykańskiego sklepu Target, który każdego dnia nas zadziwia swoim asortymentem :) Ciekawe, czy jutro też się tam wybierzemy? ;)
Zastanawiacie się co teraz robimy? Nigdy byście nie zgadli! Bartek gra z Teresią w bilarda i od samego początku wygrywa babcia! W pierwszym starciu, kiedy Bartek wbił czarną bilę, babcia zapewniła sobie 0,5 litra, które obiecałam jej za wygraną..a to psikus!! :)

W tym miejscu chciałabym przesłać buziaki dla Mamusi i Tatusia! :D
Wasza Kasia :D
(Wraz z Olą i Basią leżącymi na stole kuchennym. Czym one się dziś zmęczyły? Chyba tym nic nierobieniem)

https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5914756354637113137?banner=pwa

wtorek, 20 sierpnia 2013

Miami shopping

Tak wcześnie jeszcze nie wstawaliśmy, budzik zadzwonił o 6.30. Na szczęście motywacja była silna - wyprawa z panią Alą, mamą wujka Daniela, do Miami i zakupy w wieeelkim centrum handlowym. Droga była troszkę długa, bo ruch spowalniały szkolne autobusy i traffiki na highwayu, ale w końcu dojechaliśmy (Bartek siedział w bagażniku, bo samochód był 5 osobowy). Chwilę siedzieliśmy przed galerią, gdzie polowaliśmy na tamtejsze wifi, po czym poszliśmy na poranną kawę do Starbucksa. Kiedy wreszcie otworzyli sklepy, zaczęliśmy buszowanie - znowu owocne w nowe ciuszki. Kasia ma nową dżinsową kurtkę, Basia 10 lakierów do paznokci, Bartek koszulkę w kotki, ale... i tak największy szał zrobiły majtki z Victoria's Secret. W promocji 5 par za 26 dolarów. Oli, Kasi i Basi aż żal było nie skorzystać z okazji :) Kiedy po kilku godzinach opadliśmy z sił, wybraliśmy się na francuskie naleśniki. Potem shake'i lub kawa do wyboru i do domciu. W Deerfield byliśmy około godziny 15. Popołudnie spędziliśmy pływając w basenie, bawiąc się gopro, robiąc zakupy, zdrową sałatkę i sprzątając mieszkanie. Pozdrawiamy :)

Zdjęcia, dzisiaj trochę mniej niż zwykle, ale za to również z wody :) https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5914398370937896817?banner=pwa

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kamerkowe szaleństwo

Celem dzisiejszego dnia od rana było kupienie kamerki. Z tej okazji przyjechała po nas ciocia Ania i razem mieliśmy pojechać do sklepu elektronicznego. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do kilku sklepów z ubraniami (w jednym z nich spotkaliśmy ochroniarza Janusza, kibica Śląska Wrocław i wiernego fana Sebastiana Mili) i każdy kupił sobie jakąś szmatkę :) Bartek - upatrzoną wcześniej czarną kamizelkę, Kasia - spodnie piżamowe, Ola - klapki, Basia piżamę, a babcia zaszalała i wykupiła pół sklepu. Wreszcie poganiani przez zniecierpliwioną Basię pojechaliśmy do elektronicznego sklepu Best Buy, gdzie kupiła sobie wymarzone GoPro III i dodatkowe mocowanie na kask (w promocyjnej cenie). W drodze do domu pojechaliśmy jeszcze do pobliskiego rezerwatu przyrody. Tam chodząc po specjalnie wybudowanych pomostach, mogliśmy oglądać miejscową florę i faunę. Gwiazdą parku są aligatory, niestety tylko Kasi i Bartkowi udało się zobaczyć fragment gada.
Po powrocie do domu, od razu wskoczyliśmy do basenu, gdzie Basia wypróbowała swoją nową zabawkę. Z Olą nakręciły dużo fajnych filmików.
Wieczorem udaliśmy się na krótką wycieczkę rowerową nad ocean. A właśnie! Zapomnieliśmy dodać, że rano przed wyjściem na zakupy spotkała nas miła niespodzianka - tato wujka Daniela przywiózł nam rowery :)
A teraz czas spać, jutro czeka nas pobudka wcześnie rano, ponieważ jedziemy na shopping do Miami.

P.S. Serdecznie witamy naszego nowego czytelnika Darka i instruujemy, że żeby obejrzeć zdjęcia, trzeba kliknąć w link poniżej:

niedziela, 18 sierpnia 2013

Niedziela dzień cwela

Dzisiejszy dzień nie zaczął się zbyt kolorowo. Obudziła nas zdenerwowana babcia z pretensjami dlaczego nie wstajemy, przecież zaraz przyjedzie po nas ciocia i jedziemy do kościoła. Niechętnie wstałyśmy i pojechałyśmy na niedzielną mszę. Kościół okazał się w sumie jak każdy inny. Polski, z polskim księdzem i polskimi wiernymi, może tylko trochę bardziej nowoczesny i z klimatyzacją. Gośćmi na mszy byli franciszkanie, którzy służą na misji w Boliwii. Opowiadali o swojej pracy w południowej Ameryce i dzięki temu kazanie nie było aż tak nudne. Po nabożeństwie, zgodnie z ich zwyczajem, poszliśmy do przykościelnej kawiarenki na świeżo pieczone pączki i pogaduszki.
Następnie udaliśmy się do naszego domu, gdzie rozpoczęły się przygotowania do birthday party chłopców. Ciocia zajęła się przygotowywaniem potraw, a nas wysłała po mango do siostry wujka Daniela- Kariny. Jej mąż jest architektem dlatego ich dom jest urządzony bardzo designersko. Poznałyśmy również ich dzieci (Pawła i Weronikę) z którymi poszliśmy zbierać mango, a Kasia i Basia próbowała swoich sił w jeździe na deskorolce. Z pełnymi torbami owoców wrócliśmy na 10th street, gdzie ciocia Ania zagoniła Olę i Basię do robienia sushi.
Przed godziną 3 p.m. zaczęli zjeżdżać się goście. Na stole królowały zimne przekąski, ale też można było zjeść kurczaka, wegetariańskie gołąbki i ryż z warzywami. Podczas przyjęcia poznaliśmy większość rodziny i przyjaciół 
rodziny K. Impreza rozkręciła się, a my wraz z gromadką dzieci wskoczyliśmy do ciepłego basenu. Po kilku godzinach wszyscy opuścili nasz apartament, a my pozostaliśmy z lodówką pełną pyszności. 

Pozdrawiamy i życzymy miłego tygodnia.

sobota, 17 sierpnia 2013

Ocean kontra basen

Dzisiejszy dzień był momentami super, a momentami męczący.
Rano przyjechała po nas ciocia Ania, z którą pojechaliśmy na pierwszy dzień szkoły Dominika. Middle School jest zupełnie taka jak w filmach; ławki połączone są z krzesłami, a na korytarzach znajdują się krany do picia wody. Później zawiezieni zostaliśmy do galerii, w której mieliśmy spędzić kilka godzin, a w tym czasie ciocia pojechała do pracy. I to była najgorsza część dnia. Sklepy okazały się całkowicie nie takie, o jakie nam chodziło. Ubrania w nich były brzydkie, drogie i niemarkowe. W ciągu godziny obeszliśmy wszystkie, a potem tułaliśmy się między subwayem, lodziarnią i zacienionymi tarasami galerii. Kiedy w końcu ciocia po nas przyjechała i odwiozła do domu, od razu skoczyliśmy do basenu. Potem przerwa na zakupy w pobliskim sklepie i wspólne przygotowanie spaghetti. Po obiedzie przeszliśmy się na plażę, do której droga była baaaardzo długa i męcząca. Ocean wygląda prawie jak nasz Bałtyk, jest tylko trochę czystszy, cieplejszy i dookoła rosną palmy. Po powrocie znowu skoczyliśmy do basenu, w którym kąpaliśmy się, tym razem przy świetle księżyca. Teraz już umyci, siedzimy w piżamkach i szykujemy się do spania. Pozdrawiamy wszystkich i podsyłamy nowe zdjęcia :)
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums?banner=pwa

piątek, 16 sierpnia 2013

American life

Nie ukrywam, nie wyspaliśmy się. Natłok obowiązków, który czekał na nas od rana nie pozwolił nam za długo spać. Punkt pierwszy, a zarazem najważniejszy – pranie. Punkt drugi – w końcu normalne śniadanie, tzn. jajecznica i kanapki. Punkt trzeci – wyprawa do Boca Raton, czyli miasta, w którym mieszka ciocia Ania.
Dziś mieliśmy okazję poznać trochę życia codziennego Amerykanów mieszkających na Florydzie. Ich domy są jednopiętrowe (w razie potężnych huraganów), a po czystych, równiutkich ulicach nikt nie chodzi. Z racji tego, że od poniedziałku dzieci wracają do szkół, Maksymilian musiał pójść do swojej i zostawić wszystkie potrzebne do nauki przybory. My oczywiście towarzyszyliśmy mu całą rodziną. Elementary school zrobiła na nas, a szczególnie na mnie (Kasia), ogromne wrażenie. Całkowicie różni się od szkoły znanej nam z Polski. Jest czysto, korytarze i klasy są bardzo zadbane, kolorowe. Po szkole ciocia zabrała nas do luksusowej dzielnicy Boca Raton, gdzie oglądaliśmy innowacyjne, w sposobie bodowy domy, na sprzedaż. Następnie udaliśmy się do domu cioci Ani, gdzie do obiadu (dziś ryba, kuskus i sałatka) czas mijał nam na grach, zabawach z Dominikiem i Maksymilianem, a także oglądaniu nagrań wideo z wycieczek statkiem. Po posiłku chwila odpoczynku i razem wyruszamy na zajęcia karate chłopców, a potem, w drodze do domu w Deerfiled Beach, wstępujemy do dwóch sklepów elektronicznych, poszukując GoPro III Black Edition, oraz spożywczaka na małe zakupy jedzeniowe.
Po przyjeździe do domu spragnieni relaksu szybko przebieramy się w stroje i wskakujemy do basenu J


A tu zdjęcia:


Dziś przypadła moja kolej na pisanie, więc chciałabym dodać pozdrowienia dla wszystkich Czytelników naszego bloga! Buziaki!
Kasia :)

P.S. Każą mi dopisać, że reszta, a w szczególności Basia, też pozdrawia i przesyła buziaki :D

czwartek, 15 sierpnia 2013

Dwa w jednym

Sernik Wolności

Poranek 14 sierpnia wita nas piękną pogodą – słoneczną i ciepłą. To ostatni dzień zwiedzania Nowego Jorku – musimy zobaczyć wszystko co nam zostało w planie J
Dzisiejszy trip zaczynamy od wyprawy na sam dół Manhattanu, do portu skąd odpływają statki na wszystkie nowojorskie wyspy. No ale najpierw trzeba tam dojechać. Po śniadaniu idziemy do metra, gdzie musimy dokupić bilety na przejazdy. Nagle słyszymy nadjeżdżający pociąg. Basia i Kasia pędem biegną do drzwi, za nimi Ola, Bartek i na końcu babcia. Pierwszym dwóm udaje się bez problemu przekroczyć próg pojazdu, niestety Olę drzwi zgniatają i czynią z siebie swoistą maszynę do mammografii. Na szczęście motorniczy to zauważamy i otwiera drzwi i zgnieciona Ola może spokojnie wejść, a za nią dobiegająca już dwójka Węgrzynów.
Bez większych przeszkód dojeżdżamy do Green Bowling i oczom naszym ukazują się po jednej stronie wysokie wieżowce, a po drugiej olbrzymia zatoka. Celem naszym jest udanie się na wyspę Liberty, gdzie znajduje się słynna Statua Wolności. Niestety po chwili poszukiwań kas z biletami, czeka nas rozczarowanie. Przyjemność zobaczenia symbolu NY z bliska kosztuje 17 dolarów plus godzinne czekanie w kolejce. Szybko rezygnujemy z tego pomysłu i wymyślamy plan B. Nieopodal odpływają darmowe statki do dzielnic miasta znajdującej się na wyspie – Staten Island. Postanawiamy skorzystać z tej atrakcji. Jest to idealne rozwiązanie. Jak się potem okazuje i ze statku i z wyspy, widok na Manhattan i Statuę jest po prostu zabójczy. Rejs trwał ok. 20 minut, które spędziliśmy robiąc zdjęcia i grzejąc się na słońcu w odkrytej części statku. Na wyspie wchodzimy na taras widokowy i również upamiętniamy piękną panoramę miasta. Później szczęśliwi wracamy na Manhattan.
Następnym przystankiem są znajdujące się obok siebie stuletni dworzec Grand Central oraz siedziba ONZ. Po typowo turystycznej części dnia, nadszedł czas na zakupy. Odwiedzamy około miliona identycznych sklepów z pamiątkami, NBA Store (tam Ola wzbogaca się o śliczną, fioletową bluzkę) oraz wracamy do M&M’s World, gdzie Kasia kupuje wcześniej upatrzony breloczek.
Wieczorem udajemy się na spotkanie z panią Kasią, jej mężem Robertem i synem Mateuszem w meksykańskiej restauracji. O mało co nie zaliczamy wtopy, bo myśląc, że zapraszają nas do siebie do domu, kupujemy wielki kawał sernika. Na szczęście w porę orientujemy się, że 'El toro Taqueira’ to nie jest nazwa ich kamienicy i Ola chowa ciasto do swojej torebki. Bartek podjarany, że ma cały sernik dla siebie, goni nas po kolacji szybko do hotelu, gdzie planujemy go zjeść. Niestety deser okazuje się ohydny i ląduje w koszu. Takim niemiłym akcentem kończymy dzień.

standardowo zdjęcia: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912559406038565121?banner=pwa






Rezydencja TeTeTeam


Jak każdego ranka cała nasza grupa idzie na śniadanie. Potem szybkie dopakowanie walizek i wychodzimy przed YMCA. Tu o 10.30 jesteśmy umówieni z panią Kasią, która zabiera nas do swojego domu. Czas do wyjazdu na lotnisko spędzamy pijąc u niej sok i jedząc ciastka, bawiąc się z jej dwoma kotami i dwoma psami oraz na wspólnym obiedzie nieopodal jej domu. Kiedy wybija 14 zbieramy wyruszamy w kierunku JFK Airport. Tam chwilkę błądzimy, a następnie trafiamy do elektrycznych monitorów, gdzie pasażerowie sami się odprawiają, Zaskakuje to nas, ale szybko sobie z tym radzimy.
W samolocie widzimy piękne widoki. Wylatujemy z Nowego Jorku skąpanego w południowym słońcu, żeby chwilę później wlecieć w bajeczne kłębiaste chmury. 3 godzinny lot trwa prawie cały czas nad oceanem. O zachodzie słońca z powrotem wlatujemy nad kontynent, a chwile później lądujemy w Miami, w którym jest już całkiem ciemno. Tam zaczyna się armagedon. Tutejsze lotnisko, nie dość że jest wielkie, to jeszcze kompletnie nieoznakowane. Godzinę błądzimy, szukając walizek. Kiedy w końcu nam się to udaje, spotykamy ciocię Anię i wujka Daniela. Oni zawożą nas do naszego domku w Deerfield Beach, gdzie przeżywamy szok. Dom jest tak ładny, jak tego się nikt nie spodziewał. Na wyposażeniu mamy basen z jacuzzi, biliarda, w pełni wyposażoną kuchnie z pełną lodówką, klimatyzację, wifi i dwie łazienki. Z resztą zobaczcie sami: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5912578702192908305?banner=pwa J

DOBRANOC!

środa, 14 sierpnia 2013

Szklana pogoda

Zaraz po przebudzeniu czekało nas niemiłe zaskoczenie, wieeelka ulewa, przez co nasze plany uległy samoistnej destrukcji. Ciężko było nas wyciągnąć z piżam, ale w końcu trzeba było iść na śniadanie. Dziś pancakesy z syropem klonowym z niewielką dopłatą, bądź bułka z jajkiem i szynką/serem. Potem szybkie zakupy i powrót do pokoi, w których siedzieliśmy aż do 13. Nagle niebo się rozchmurzyło i padło hasło „Ruszcie dupy, jedziemy do Central Parku!”. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy i po jakimś czasie znaleźliśmy się przy 5th Ave, z której weszliśmy do parku. Od razu w oczy rzuciło nam się słynne nowojorskie zoo, w którym można zobaczyć pingwiny „z Madagaskaru”. Niestety cena biletu skutecznie nas odstraszyła i musieliśmy zadowolić się jedynie sklepem z pamiątkami, fokami widocznymi przez płot zoo i zdjęciem pod starą bramą wejściową. Dalszy spacer po parku obył się w towarzystwie wszędobylskich wiewiórek i pięknych, kolorowych ptaków. Tak spacerując doszliśmy do fontanny, gdzie głód dał się babci we znaki. Niestety musiała ona o tym na chwilę zapomnieć, bo zafascynowany dwoma muzykami Bartek, chciał spędzić w tym miejscu jak najwięcej czasu. Siedzieliśmy więc na kamiennej ławce i słuchaliśmy ich twórczości. Następnym punktem był punkt upamiętnienia śmierci Johna Lennona, do którego dojście nie było wcale takie łatwe, gdyż parkowe alejki okazały się bardzo kręte. Szczęśliwie w końcu udało nam się tam dotrzeć, jednak tereniowy głód coraz bardziej doskwierał. Spragnieni normalnego (nie tłustego i nie słodkiego) jedzenia, postanowiliśmy udać się do polecanej przez panią Kasię polskiej restauracji. Na naszej drodze pojawiły się kolejne przeszkody, tym razem troszeczkę zagubiliśmy się sieci nowojorskiego metra, więc do Karczmy dotarliśmy później niż planowaliśmy na początku. Nie wyobrażacie sobie, jak wielka była nasza radość, kiedy dostaliśmy karty, a tam rosół, pierogi ruskie i schabowy! Wreszcie, po trzech dniach, najedliśmy się!
Wieczór spędziliśmy w pokoju na wygłupach i rozmowach J

Fotki:
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5911948311660634673?banner=pwa

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Gwiazda dzisiejszego dnia - Manhattan

W pierwszych słowach naszego posta witamy naszych stałych czytelników na nowej odsłonie bloga :) Mam nadzieję, że Wam się podoba.
Dzisiejszy dzień bez wątpienia możemy uznać za udany, lecz bardzo męczący. Nogi wchodzą nam w tylną część ciała, jednak nie poddajemy się.
Po porannej toalecie udajemy się na śniadanie do typowo amerykańskiego baru, gdzie pani o typowo amerykańskich kształtach, z delikatnością hipopotama, podaje nam typowo amerykańskie śniadanie - bułka z jajkiem i szynką (w przypadku Basi - z serem), a do tego kawa lub herbata z dolewką. Następnie spotykamy się z panią Kasią, która zagłębia nas w tajniki nowojorskiego subway'a. Pomaga nam kupić bilety na metro i.. ruszamy na podbój wielkiego miasta!!
Na pierwszy ogień Ground Zero, miejsce po zamachu na WTC, następnie Wall Street, Brooklyn Bridge i długo wyczekiwana kawa w Starbucksie. Doładowani energią ruszyliśmy w kierunku Piątej Alei, Broadway (tu przerwa na kanapki z Subwaya) i Times Square. Tu zaczyna się zabawa. Kolorowe bilbordy wprawiają wszystkich w osłupienie. Na około różne miejsce zachęcają, aby je odwiedzić (a my oczywiście korzystamy z ich zaproszenia). Bartek leci do Hard Rock Cafe, Kasia robi sobie zdjęcie z wielkim Elmo, następnie wszyscy idziemy do sklepu Disneya, gdzie przymierzamy piękne suknie, a następnie udajemy się do M&M's World. Kiedy w końcu udaje nam się wyciągnąć z niego Kasię, kierujemy się do miejsca, gdzie odegrana została przełomowa scena w filmie "Kevin sam w Nowym Jorku" (gdzie mama spotyka się z synem pod choinką) - Rockefeller Center. Tam Ola zauważa tajemnicze "coś" i zarządza ewakuację. Domyślacie się co to? Potem wszyscy zmęczeni z wielką radością idziemy do metra.

Wieczór spędzamy spacerując po bardzo cichym i spokojnym, w porównaniu do centrum, Greenpointcie, poszukując owoców i chleba, ponieważ w sklepach wszystko kręci się wokół cukru.

A teraz niespodzianka! Obiecane zdjęcia, dostępne pod linkiem:
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums?banner=pwa&gpsrc=pwrd1#photos/108308702412711774778/albums/5911414672485319201

Oraz te zaległe z podróży:
https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums?banner=pwa&gpsrc=pwrd1#photos/108308702412711774778/albums/5911410916056016369

Wszyscy pozdrawiają wszystkich, a Ani i Jackowi życzymy miłego wypoczynku w Pogorzelicy :)

P.S. Wy niedługo wstajecie, a właśnie kierujemy się do łóżek.

niedziela, 11 sierpnia 2013

TT w wielkim mieście

Jesteśmy! Żyjemy! :D
Podróż - bezproblemowo.
Pierwszy lot minął jak z bicza strzelił, potem dzikim pędem fińskiego renifera zagalopowaliśmy do terminala 37 na helsińskim lotnisku. Zajmując miejsca na samym środku, a zarazem końcu, samolotu linii Finnair nie mogliśmy doczekać się pierwszego posiłku jeszcze przed odlotem. Jak się później okazało, trzeba było czekać około godziny, ale nie na darmo (na szczęście za darmo).. Jednak czas ten umiliły nam telewizorki przed każdym siedzeniem, obsługiwane palcem i pilotem. Mogliśmy do woli grać, oglądać filmy i słuchać muzyki, a także obserwować drogę naszego pięknego airbusa o opływowych kształtach. W końcu obiad - kurczak z ryżem, w dziwnym sosie, z marchewką i fasolką, makaron z oliwkami i fasolką, bułeczka, masełko, ananas i woda, w dziwnym opakowaniu. Następnie pojawili się stewardesy i stewardy o fińskim wyglądzie..
Zrobiło się nudno, zamroczyło nas, aż tu nagle.. GRENLANDIA i jej zaśnieżone szczyty. To był piękny widok! :)
Między graniem, oglądaniem i obserwacjami, chodziliśmy na krótkie spacery do toalety i po picie. Niespodziewanie zrobiliśmy się okropnie głodni, ale na szczęście mieliśmy wafle ryżowe i ciasteczka! Wreszcie na pokładzie samolotu wielkie poruszenie..idą kanapki! Basia zadowolona, bo bez mięsa, a za to z fetą, pomidorami i pesto! :D Uradowani możemy podchodzić do lądowania i tu zaczynają się schody! TELEPIE!! Kasia łapie Basię i Olę za ręce, krzycząc i przepraszając jednocześnie. Ola, chcąc rozładować napięcie rozbraja nas cudownym tekstem, wprawiając polskich pasażerów w śmiech.

Wylądowaliśmy! Nie było tak źle, jak mówiła ciocia z Florydy. Kolejka do odprawy imigracyjnej poszła szybko, bagaże znalezione, szukamy pani Kasi, ale i to odbyło się w oka mgnieniu.
Jedziemy. Widoki za oknem skutkują piskami w samochodzie, w szczególności na widok Manhattanu. Kiedy dojechaliśmy do YMCA, czekało nas tu miłe zaskoczenie. Wbrew opiniom internautów jest czysto, miło i przyjemnie. Mamy śniadania, a do dyspozycji basen, zajęcia jogi i siłownię! SZOK!

Spragnieni, poszliśmy szukać wody, mijając polskie sklepy, a teraz czekamy na umówione spotkanie z panią Kasią, która ma nam pokazać najbliższą stację metra i okolice.

Nowojorskie buziaki,
K&O&B

P.S. Chciałyśmy wrzucić parę zdjęć, ale nie możemy :( Jak nam się tylko uda, to się pojawią :)

sobota, 10 sierpnia 2013

Przystanek pierwszy - Warszawa

Po ponad pieciogodzinnej podróży, z paprykami i paczka sera na pokładzie, docieramy do Warszawy. Na miejscu czekają nas małe problemy z noclegoem, ale wszystko udaje się pozytywnie załatwić :) Na późny obiad zawitalismy do luksusowego warszawskiej knajpy pod szyldem Pizza Hut. Na dzień dobry dostajemy pyszna lemoniadę, która budzi w Bartku nature Araba na pustyni :D A teraz czas na spacer..