Rano ciocia zabrała nas do takiego jakby zoo, gdzie były tutejsze florydzkie zwierzęta, zarówno na wolności jak i w specjalnie wybudowanych basenach. Najbardziej spodobał się nam szpital dla żółwi, które zostały ranne po zaplątaniu się w sieć, turbiną od statku albo takie, które po wykluciu z jajka nie umiały dojść do oceanu.
Potem pojechaliśmy wgłąb kontynentu do rezerwatu obejmującego bagna. Pływały w nich aligatory, jednego nawet udało nam się zobaczyć. Obserwowaliśmy również sępy, iguany, a Bartek upodobał sobie przejechaną jaszczurkę. Była możliwość wykupienia sobie rejsu statkiem po bagnach, jednak nie skusiliśmy się.
Wygłodniali pojechaliśmy do "bufetu". Baru z jedzeniem, gdzie płaci się przy wejściu, a potem je ile chce. Najwięcej w knajpce było sushi, jednak można było zjeść tam również steka, sałatki, makarony, frytki i wieeelkie kubły lodów. To był zdecydowanie najlepszy obiad jaki jedliśmy dotychczas w USA :)
O 2 p.m. Max skończył lekcje i pojechaliśmy odebrać ze szkoły, z której udaliśmy się prosto do galerii (najwidoczniej dzień bez ROSSa dniem straconym). Pokręciliśmy się chwile wśród wieszaków z ubraniami, pokupowaliśmy trochę i wróciliśmy do domu.
Basia od razu rzuciła się do basenu, a babcia poszła spać, jednak szybko musiały przerwać swoje zajęcia, bo Kasia namówiła wszystkie panie na wycieczkę rowerową (Bartek zdecydował się zostać i odpocząć w domu). Pojechałyśmy w uroczo wyglądające miejsce, gdzie kanał miejski wpadał do oceanu, później na spacer na molo, a na końcu do sklepu. Brakuje nam tu tylko zachodów słońca nad oceanem, z tego powodu, że jest on na wschodzie kontynentu.
Jak wróciłyśmy, Bartek relaksował się przy nowej płycie Black Sabbath, którą kupił w pobliskim sklepie, podczas naszej nieobecności. Teraz już padnięte idziemy spać, jutro czeka nas kolejny ciekawy dzień.
Pozdrawiamy!
Dzisiaj się rehabilitujemy i dodajemy więcej zdjęć: https://plus.google.com/photos/108308702412711774778/albums/5915498922357399201?banner=pwa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz